z centrum Europy, poprzez Middle East, do Państwa Środka - ciąg dalszy podróży w poprzek świata
Wpisy
Wracam z silowni. Po drodze zachodze na 10-te pietro po bagietke. Bagietki nie ma. Prosze sprzedawczynie, zeby do mnie zadzwonila, gdyby jednak pieczywo dowiezli. Pol godziny pozniej dzwoni sprzedawczyni i mnie ponagla. Troche mnie to irytuje, ale schodze. W sklepiku widze bagietke, sprzedawczynie i jakiegos Japonczyka wpatrujacego sie w "moje" pieczywo. Japonczyk negocjuje ze sprzedawczynia, ta negocjuje ze mna. Zadne z nas nie chce odpuscic bagietki na rzecz chleba. Ja odpowiadam, ze skoro zadzownila, to jestem i ze tak, nadal jestem zainteresowana konsumpcja obiektu, ktory lezy przed nia. Sprawa robi sie smieszna, nawet smieje sie w duchu, ale z drugiej strony w domy mam juz wino, ktore to bagietka mialam zagryzac, a poza tym nie zamierzam pozwolic, aby po raz kolejny potraktowano mnie gorzej, niz Japonczyka. Sprawa nabiera charakteru polityczno-feministycznego.
Japonczyk w koncu mowi do sprzedawczyni: "I do not trust you", obraca sie na piecie i wychodzi. Sprzedawczyni szuka u mnie wzrokiem wsparcia. Niepotrzebnie.
Spotykam Japonczyka przy windzie. Mysle sobie, ze moze tez ma wino w domu i jest zawiedziony, ze nie bedzie mial go czym przegryzc. I wcale sie nie czuje dumna, ze to ja odchodze z tarcza (a moze jednak na tarczy ;-)?). Wiec mu proponuje, ze sie podzielimy. Ale oczywiscie odmawia. W windzie jednak stwierdzam, ze nie ma co sie pytac - lamie pieczywo i wreaczam mu polowe mowiac, ze na jedna osobe cala bagietka to za duzo i ze lepiej mi bedzie smakowac, jak sie podzielimy. Troche sie silujemy, bo on chce mi za nia zaplacic. Ja oczywiscie odmawiam. We dwojke jestesmy zadowoleni.
15 min pozniej slysze dzwonek do drzwi. Szybko motam sie w reczniki (bralam prysznic) i po chwili otwieram drzwi. W drzwiach stoi Japonczyk. Widzac mnie w zwojach recznikow robi sie potrojnie zawstydzony. W ramach podziekowania dostaje ciasteczka - specjal z Kyoto :-)))
I tym sposobem na kolacje mam danie glowne i deser :-)))
Jako ze ponownie jestem w Ningbo, wypadalo by wkleic moje zdjecia z poprzedniego wyjazdu do Ningbo i Shanghaju.
- 2 tygodnie temu -
Shanghaj - poranna gimnastyka z mieczem.


Nanjing Lu - glowna ulica handlowa w Szanghaju



Kosciol, do ktorego wybralam sie w Wielkanoc. I w ktorym oczywiscie spotkalam Polakow ;-)
(co by dotrzec na msze jechali 5 godzin szybkim pociagiem).







Dworzec w Szanghaju... na ktorym spotkalam Polakow z kosciola.

A to juz Ningbo - mieszkancy zbieraja sie przed blokiem na poranne cwiczenia.

Do niedawna myslalam, ze polarowe rekawki, ktore kilkakronie widzialam na rekach Chinczykow sluza im do dogrzewania sie. Niedawno dowiedzialam sie jednak, ze sluza one do ochrony odziezy przed wycieraniem sie. Praktyczne.
Oczywisice po fartuchu, bedacym skrzyzowaniem fartuszka, ktory musielismy nosic na poczatku podstawowki, z fartuchem kuchennym pan ze stolowki szkolnej.
Fartuch ma chronic dziecko w ich lonie od promieniowania komputera. Co bardziej 'fashion-conscious' Chinki, nosza fartuch pod ubraniem wierzchnim.
Chyba znalazlam nisze - szukam teraz dystrybutora na Polske.


Stroj biurowy - wersja europejska:
Stroj biurowy - wersja chinska:
Kupilam sobie puszke piwa. Z czego musialam sie szczegolowo wytlumaczyc moim tymczasowym wspollokatorkom [“A czy codziennie pijesz piwo”, “Nie, to dlaczego akurat dzisiaj je pijesz…” itd. Jak z dziecmi, tylko, ze laski maja po 22-24-y lata].
Ale na tym sie nie skonczylo. W przyplywie zyczliwosci Anna wpadla na pomysl, ze skoro juz pije piwo, to ona poczestuje mnie przekuskami piwnymi. I tak w koncu zostalam zmuszona do sprobowania kaczych jezorkow i kurzych lapek.
(veni, vidi … check ;-)
