ni hao!

z centrum Europy, poprzez Middle East, do Państwa Środka - ciąg dalszy podróży w poprzek świata

Wpisy

  • czwartek, 23 lutego 2012
    • Swietowanie po chinsku

      Wracajac jeszcze do klimatu swiatecznego - kilka slow o imprezie noworocznej zorganizowanej przez biuro, w ktorym Marcin pracuje oraz o obchodach chinskiego Nowego Roku w naszym hotelu.

       

      Stroj:

       

      Chinki na codzien i do pracy nosza: tiule, brokaty, futra, siatkowe bluzki, zorzety, cekiny, bamboszki z futerkiem, skajki, skory i kozaki do polowy uda (i to wszystko razem w przeroznych kombinacjach). Za to w sytuacjach bardziej oficjalnych Chinczycy potrafia nalozyc... dresy (szeleszczaki) i koszule do tego. Szok kulturowy po prostu.

       

      Rozrywka:

       

      2.5-godzinne wystepy pracownikow i ich bliskich – poczynajac od ukladu dziewczat z administracji, poprzez tance i popisy malych milusinskich, wystepy ich rodzicow, rodzicow z milusinskimi, dzieci indywidualnie (jedna z dziewczynek zaspiewala piosenke ku chwale M-A-O, ku zaskoczeniu niektorych Chinczykow rowniez), po wystepy indywidualne doroslych, z jednym kolega, z drugim kolega, z kolezanka... Kolejny szok kulturowy ;-)

       

      Pomyslalam, ze dopoki mamy wino nie bedzie zle (jedzenie bylo dobre), ale ze mielismy jedna butelke na 4 osoby... bylo troche ciezko (Chinczycy – 99% obecnych na sali – byli zachwyceni, wiec impreze nalezy uznac za udana ;-) ekipa europejska jednak musiala odreagowac, wiec zorganizwoalismy sobie after-party w stylu wschodnioeuropejskim).

       

      Halas:

       

      Bez halasu nie ma zabawy. Ostatnio slyszalam od kolegi teorie, ze dowiedzial sie od Chinczykow, ze podobno maja oni inaczej zbudowane ucho i ze po prostu slabiej slysza... jakos nie chce mi sie w to wierzyc (buahaha). Moja teoria jest taka, ze od dziecka wychowuja sie w halasie i bez niego, jakos im tak dziwnie.

       

      Zastanawiam sie rowniez, czy w Chinach jest tak duzo zlych duchow, czy tez Chinczycy sa tak ducho-bojni. W okresie noworocznym bowiem (czyli tak na dwa tygodnie przed nowym rokiem i z tydzien po) wokolo wybuchaja petardy, kapiszony i fajerwerki. Chinczycy biegaja z wiaderkami wody... Singapurczycy, ktorych znam ciesza sie z blyskiem w oku ("u nas sa tylko wielkie pokazy zorganizowane przez wladze miasta. Przyjezdzaja konsultanci z zagranicy. Jest wielkie – z o r g a n i z o w a n e – show. Nie to co tu w Chinach - dodaja z lekka nuta zazdrosci. – Tu kazdy moze sobie postrzelac.) Kazdy moze i dlatego Marcin ma przypalona kurtke, mamy przypalone okna... na 27 pietrze. W zeszlym roku, w hotelu obok wypadly szyby, a w Szanghaju podobno nie bylo w tym roku wielkich pokazow – w czasie obchodow "naszego" nowego roku, co prawda (nie wiem, jak to z chinskim nowym rokiem bylo), bo w zeszlym roku spalily sie dwa budynki w wyniku podpalenia fajerwerkami. 

       

       

       

      Link 1

      Link 2

       

      Smieci na bagazniku ciezarowki, to puste pudelka po fajerwerkach. 

       

       

      1.     Pierozki

      Bedac w Chinach czesto mysle o Polsce. I to nie tyle dlatego, ze tesknie, ale dlatego, ze Chiny przypominaja mi Polske sprzed dwudziestu lat. Z tym, ze rozwartstwienie spoleczne w Chinach jest wieksze…

       

      Niektore zwyczaje mamy takze podobne… - my lepimy pierogi na Swieta, a oni na Nowy Rok:

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      amarantowomi
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2012 14:28
  • niedziela, 19 lutego 2012
    • Przeziebilam sie

      Wrocilam od lekarza. Od dwoch tygodni prycham, smarkam, co powien czas mam goraczke - przetestowalam teorie: "Katar leczony trwa 7 dni, a nieleczony tydzien" i wybralam sie do lekarza (w naszym hotelu jest prywatna przychodnia, z ktorej korzystamy, gdyz bezgotowkowo rozlizcza sie z firma, w ktorej Marcina firma wykupila ubezpieczenie zdrowotne).

       

      Lekarka zadala mi serie szczegolowych pytan - od alergii poczawszy, poprzez problemy z zatokami, a na kolorze i konsystencji przeroznych moich wydzielin skonczywszy. Obejrzala moj jezyk, a na koniec "zapisala mi akupunkture. 

       

      Tym sposobem pol godziny pozniej lezalam rozciagnieta na kozetce, a lekarka (siedem lat studiow - upewnilam sie ;-) wbijala mi po jednej igle w pomiedzy kciuk a palec wskazujacy, po jednej ponizej kolana, po jednej w po obu stronach nosa i jedna pomiedzy brwi. Sam zabieg "wbijania" igiel jest prawie niewyczuwalny, za to, gdy niechcacy troche poruszylam lydke poczulam rwacy bol (zdalam sobie sprawe, ze z ta igielka wbita pod kolanem wlasciwie uniemozliwilaby mi podniesienie sie). 

      Po zabiegu czulam sie jakby lepiej, ale mysle, ze mogl to byc efekt auto-sugestii. W kazdym razie za tydzien ide ponownie (mam zamiar sprobowac trzech - czterech zabiegow zanim uznam, czy ta metoda dziala, czy tez nie).

      Ps. Oprocz akumpunktury dostalam jeszcze ziolowe cukieraski do ssania oraz ziolowy syrop.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przeziebilam sie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      amarantowomi
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2012 02:40
  • piątek, 17 lutego 2012
  • poniedziałek, 13 lutego 2012
  • niedziela, 12 lutego 2012
    • Me & my sister... bracie

      W tym roku na Swieta i Nowy Rok odwiedzila nas moja siostra. 

      Pierwszy szok kulturowy przezyla w drodze do naszego hotelu, gdy utknelismy w korku, a kierowca taksowki wyciagnal elektryczna maszynke i zaczal sie golic. Jest to dosc powszechne zachowanie - chyba - bo nawet w jednej z reklam McDonalds'a wystepuje zapracowany yuppie, ktory goli sie w drodze do pracy ... .

      Pierwsze dni uplynely nam na swiatecznych przygotowaniach. W tym roku na swiatecznym stole mielismy takie tradycyjne dania, jak pierozki z (polskimi) grzybami, barszcz z proszku (przywieziony z Polski, gdyz nie znalazlam burakow na zakwas), tarta z kimczi (czyli koreanska wersja kiszonej kapusty), kalamarnice (robilam po raz pierwszy i bardzo bylam dumna z efektu koncowego), losos z soczewica w sosie z bialego wina oraz salatka z kabanosami autorstwa Marcina (co by za postnie nie bylo). A jako, ze juz po 23:00 bylysmy po pasterce, to na stol wjechaly rowniez babeczki brownies, moje ulubione mince pie i tort serowy z Baileys'em. Summa summarum - tradycji swiatecznego obzarstwa stalo sie za dosc.


       

      Koloryt lokalnej pasterki - jak to Sandra ujela "Niby tak samo, a jednak inaczej".

       

       

      Jako ze wraz z prezentami swiatecznymi dostalam "zalegle" prezenty urodzinowe, bylo z czego sie cieszyc i smiac (polecam "Z dziennika podrozy" Andrzeja Bobkowskiego, ktorego ostatnio czytam hurtem).

       

      W pierwszy dzien Swiat kontynuowalismy tradycje - tym razem w kuchni panowal Marcin. Uraczone zostalysmy wietnamskim rosolkiem (Pho Ga) i kaczka w pomaranczach.

       

       

      Ale zanim Marcin przygotowal obiad, wybralysmy sie z Sandra na pierwsze rozpoznanie miasta.

       

       

      Dalian Spa (-10C)

       

       

      Cena wywolawcza (na kartce widocznej za przednia szyba): 800PLN (Special price for you my friend...)

       

       

       

      Slogan zimowy Dalianu?: "Pora na pora"

       

       

      Xinghai Park 

       

       

       

       

       

      Karate miszcz 

       

       

       

       

      Stratyfikacja spoleczna w Chinach.

       

       

      Juz po swietach - zastanawiamy sie, do ktorej z pobliskich restauracji lub barow sie udac... 

       

       

      I wybieramy grzybowy hot pot (hua guo).

       

       

      Ale Dalian ("Perla Chin", jak zapewnia nas przewodnik) najbardziej znany jest z owocow morza.

      Golden Pebble Beach - sesja Piekna i Bestie

       

       

       

      

       

       

       

       

       W przerwach pomiedzy odwiedzaniem parkow i rynkow (gdy odiwiedzilymsy pierwszy z nich, niefortunnie weszlysmy od strony stanowisk z suszonymi rybami, na ktorych to zapach Sandra zrobila sie zielona i musialysmy szybko sie ewakuowac), upiekszamy sie - jak to na wakacjach.

       

       

      I uczestniczymy w akcji rekodziela zorganizowanej przez nasz hotel.

      Moj plan byl prosty: wezme siostre i przy jej pomocy zrobie szesc "rekodziel" (znakow fu - symbolizujacych szczescie) i bede miala prezenty dla moich Basieniek. Niestety, zrobienie jednego, zajelo mi 2 godziny...

       

       

      Udalo nam sie tez w koncu znalezc Binhai Road - biegnaca wzdluz wybrzeza 35-km droge.

      Pierwsze podejscie do znalezienia poczatku tej drogi mielismy tuz po przyjezdzie do Dalianu. Zmarnowalismy dwie godziny na bezowocnym spacerze i kolejne 30 min. na dyskusji, czy to moja, czy nie moja wina, ze nie doszlismy na miejsce (ja bylam kierownikiem wycieczki).

      Drugie podejscie mielsimy po swietach:

      M: idziemy znalezc poczatek Binhai Rd.

      Ja: ale przeciez juz raz probowalismy ...

      M: ale ja sprawdzilem mape i wiem, jak tam dojsc.

      Ja: moze wezme przewodnik, jakby sie okazalo, ze znowu nie znalezlismy tego miejsca; zeby taksowkarz zabral nas w jakies inne miejsce.

      M: nie ma potrzeby - sprawdzilem, ktorym tramwajem tam sie dojezdza.

      [Idziemy na tramwaj. Linia, w ktora mielismy wsiasc nie istnieje. Ale jest inna].

      M: Wsiadamy.

      Ja: Ale ten tramwaj jedzie w te sama strone, w ktora poszlismy ostatnio.

      M: Ale ja (w odroznieniu do ciebie ;-) sie przygotowalem i wiem, gdzie mamy dojechac.

      [Tramwaj nie dojezdza, z jakiegos powodu do konca linii i zmuszeni jestesmy na 20-min spacer w okolicy, ktora miala byc super posh, ale zamiast tego stala sie szaletem miejskim dla kierowcow taksowek. Dochodzimy do dokladnie tego samego miejsca, co poprzednim razem. Wracamy przez kolejne 20 min. Lapiemy taksowke. Bierzemy przewodnik z hotelu. Znowu lapiemy taksowke. I ... znowu dojezdzamy na to samo miejsce. To znaczy niezupelnie - jedziemy 20 m. dalej, bo przejezdzamy brame, ktora wyglada jak brama na budowe. A za ta brama rozciaga sie pustynia piachu i kurzu, za ktora podobno kryje sie poczatek malowniczej, spacerowej drogi. Prosimy kierowce, zeby nas zawiozl do jakiegos prawdziwego punktu widokowego...

       

      Ale warto bylo :-)]

       

        

       

       

       

       

       

      Dalianska Riviera 

       

       

       

       

       

       

       

       

      Wybralysmy sie tez na narty :-)

       

      Poprosilam babki w hotelu, zeby duzymi literami (znakami) napisaly mi na kartce, gdzie chce dojechac. Babki napisaly, sprawdzily odleglosc, ustalily ile mniej wiecej bedzie kosztowac taksowka... Boy przy wyjsciu sprawdzil adres, ustalil, ze taksowkarz wie, gdzie ma jechac. Ruszylismy...

      Gdy dojechalismy na miejsce, z mowy ciala taksowkarza domyslilam sie, ze nie bylysmy w tym miejscu, w ktorym mialysmy byc (powinnismy byli jechac jeszcze jakies 10km...), ale ze snieg byl, postanowilysmy nie jechac dalej (zeby bylo smieszniej to kilka dni pozniej zobaczylam w miescie duze znaki wskazujace droge do stoku, do ktorego chcialysmy dojechac...) Byc moze kierowca uznal, ze nie ma sensu, zebysmy przeplacaly. 

       

       

      Sylwester bardzo Sandre rozczarowal - Chinczycy obchodza go tak, jak my obchodzimy chinski nowy rok (za to chinski nowy rok obchodza tak, jak my Boze Narodzenie - no prawie tak samo;-).

       

      Styczen - lecimy do Pekinu, gdzie zatrzymamy sie u Moniki (kiedys zagadalismy jej chlopaka na sciance, bo mial pod pacha polska ksiazke, a ze towarzystwo jest z nich wesole, zyczliwe i bezproblemowe, spotykamy sie, wymieniamy ksiazkami i gadamy do pozna, gdy tylko nadarzy sie okazja).

       

       

      Plac Niebianskiego Spokoju 

       

       

      Po dlugich poszukiwaniach dotarlysmy do uliczki Nantuogu Xiang, w okolicy ktorej znajduje sie wiele przerobionych na kafejki, bary i sklepiki, hutongow.

       

       

      Dzien 2 - w drodze do Swiatyni Lamy i Akademii Konfucjusza.

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szukamy sklepu, w ktorym moglabym wymienic koszule - moj za maly prezent dla Marcina (odkrylam, ze w Chinach nosi L-ke, a nie M-ke).

      Sklepu nie znalazlysmy (recepcjonistka przy jednym wejsciu do centrum handlowego powiedziala, ze sklep znajduje sie w drugim skrzydle, recepcjonistka z drugiego skrzydla twierdzila, ze takiego sklepu w ich budynku nie ma...). Poddalysmy sie po godzinie. Zjadlysmy lunch w koreanskim barze i wyruszylysmy dalej. Cala wyprawa nie okazal sie jednak zupelnie bezowocna...

       

       

       

       

      Widok z mall'owej lazienki.

       

       

      W drodze do zakazanego miasta. 

       

       

      Pedzimy do Parku Jingshan, zeby obejrzec zachod slonca oraz panorame Pekinu z tegoz parku. Jakies 30 min. wczesnej Sandra pyta sie, czy w Pekinie sa riksze. Odpowiadam, ze tak, ale raczej nie zima. Idziemy szybkim krokiem, prawie ze truchtem, az tu na jednym z zakretow zatrzymuje nas rikszarz i proponuje przejazdzke - "3 Yuans only" - mowi; "3 Yuans, really?" - dziwie sie i zamiast myselc, "If it's too good to be true, it probably is...", zatrzymuje sie.

       

      Wsiadamy do rikszy.

       

      Po przejechaniu jakichs dwoch mentrow, rikszarz mowi, ze zamieni sie z kolega, ktory lepiej mowi po angielsku. Nie protestujemy. Po kolejnych dwoch metrach, okazuje sie, ze troche jestesmy ciezkie. Zamiast sie oburzyc na te wierutna bzdure, pozwalamy sie rozsadzic. Teraz jedziemy w dwoch rikszach. Nadal mamy swietny humor. Co prawda, co pewien czas riksza z Sandra na moment znika mi z oczu i troche mnie to niepokoi, ale winie za to swoja "tusze".

       

      W miedzyczasie Sandra mowi do kierowcy rikszy, z ktorym jedzie - "You have a difficult job" (myslac o tych 3 Yuanach i temperaturze -10C). "No, it's easy job..." – odpowiada kierowca.

       

      Wjezdzamy w uliczki hutongu. Troche mnie to dziwi, ale ze jedziemy w dobrym kierunku, mysle sobie: "Super, kolejna atrakcja". Za ktoryms zakretem wjezdzamy w waska, odludna, otoczona wysokim murem i wygladajaca na slepa uliczke. Pierwsza riksza oraz moja juz niezbyt wesola siostra juz "Tam" sa. Moja riksza tez sie zatrzymuje i okazuje sie, ze mimo tego, ze nie jestesmy na miejscu, to pora placic. Obaj kierowcy oniemieli – przestali mowic nie tylko po angielsku, ale nawet po chinsku. Za to wyjeli kartke, na ktorej wypisane byly trzy stawki 300, 600 i 1000. Nie wiem, czy bardziej jestem wsciekla na siebie, czy wystraszona. Pewne jest, ze nie zaplace im tyle, ile chca. Ale z drugiej strony mam wizje utraty portfela i aparatu. Uznaje, ze klotnia nie ma sensu (bo jak tu sie klocic lub dzwnonic na policje, jak nie mowi sie po chinsku). Na szczescie mam drobne i wpadam na pomysl, by zaplacic im tyle, by samemu nie zbankrutowac, a jednoczesnie, by oszusci poczuli, ze maja kase w reku. Wciskam pierszemu kierowcy 30 Yuanow i tyle samo drugiemu, chwytam siostre "za fraki" i szybko sie zmywamy.

       

      Ale w sumie dzieki riszkarzom, docieramy do parku tuz przed na zachodem slonca. 

       

       

       

       

        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      amarantowomi
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2012 13:09
    • *

      Jedziemy do Badaling zobaczyc Wielki Mur (zadnych riksz i taksowek, zamiast tego zwykle MPK).

      

      Co prawda wdlug przewodnika mamy jechac autobusem 919, ale kiedy stoimy w kolejce by wsiasc do autobusu, “dowiadujemy sie”, ze powinnysmy jednak wsiasc do nr 877.  Mamy szczescie. Autobus odjezdza, gdy tylko znajdujemy miejsca. Ja siedze kolo dwoch drobnych, bardzo przejetych panow w podniszczonych mundurach (nie wiem jakich) oraz obok dwoch Belgow (z ktorych jeden mieszka w Polsce).

      Zeby jakos zabic czas i nawiazac rozmowe z sasiadem, opowiadam mu o naszej przygodzie z riksza. “Eee, 60 Yuanow, to nic…” – slysze i zamieniam sie w sluch.

       

      “My wczoraj wyszlismy z kolega na miasto  i spotkalismy dwie mlode dziewczyny, ktore wygladaly na studentki. Zaproponowaly, ze zaprowadza nas do przyjemnego pub’u. Moj kolega wrocil do hotelu, a ja wybralem sie z nimi. Piwo w tym Pub’ie bylo za 50 Yuanow”. “No, to w niektorych czesciach Pekinu jest normalna cena” – mowie“. “No tak, tylko, ze ja wypilem dwa, a one trzynascie. A do tego dwie herbaty; po 300 Yuanow kazda”.

       

       

       

       

       

       

       

      Wracamy - ja do Dalianu, Sandra do PL :-(

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      amarantowomi
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2012 13:08
  • poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Niniejsza witryna internetowa korzysta z Google Analytics, usługi analizy oglądalności stron internetowych...